Jeśli posiadasz dwie tony cytryn, to juz wiesz, co z nimi zrobić 🍋

Cytryno-keks

Bo przecież jak mogłabym zrobić coś normalnie

W życiu bywa tak, że idzie się do Intermarche'a albo Społem, albo gdzieś tam i jest promocja na stare warzywa:



Tak że często zdarza mi sie wracać do domu z wagonem cytryn. I co wtedy?

Znaczy: wiem, że cytryna to nie warzywo, ale kogo to.


Wtedy, moi drodzy, należy oczywiście zrobić wagon ciasta. Najlepiej cytrynowego, a jeszcze lepiej lekko podkręconego, bo normalny przepis obejmuje sok z jednej dużej cytryny, co nie za bardzo nas urządza przy takich zasobach.

Proponuję też ulepszone proporcje:

Z czego:



Możecie się zastanawiać, skąd to x2 się wzięło. No stąd, że tak naprawdę zależy, jaką macie blachę. Otóż tak się składa, że ja jestem wyposażona właściwie wyłącznie w potwory o długości podchodzącej pod 40 centymetrów, dlatego każda mniejsza ilość masy nie za bardzo była w stanie przykryć dno.



Ano, i też przy takiej ilości soku gęstość nieco się rozjeżdżała. Ale jeśli lubicie mniej kwaśnie i macie jakąś bardziej standardową formę, to w sumie możecie pozostać przy przepisie z Po Prostu Pycha.

Taki zestaw będzie (poza tym, że cytrynowo) smakował jak keks. Tłusty i wilgotny. Więc skoro keks, to trzeba koniecznie dać bakalie, nie? Jakiekolwiek, jakie macie pod ręką - jak zawsze na tym blogu. Ja dysponowałam przypadkowo akurat takimi w klimacie (choć nie tylko), ale pewnie i liofilizowane truskawki z dynią by pasowały.



Kolejność też będzie po mojemu, bo po co mamy zaczynać od miksowania białek? Żeby nam opadły po drodze?

Nie nie.

Najpierw cytryny.

Jak:

Dwie cytryny sparzamy polewając wrzątkiem i odstawiamy na chwilę do przestygnięcia. Skórkę z obu ścieramy na tarce o najmniejszych oczkach.

Wyciskamy sok z 1 większej cytryny (lub 1,5 sztuki jeśli będziecie mieć mniejsze cytryny)


Szczerze mówiąc nigdy nie umiałam w sparzanie cytryny. Po prostu brałam na tarkę albo lepiej pod nóż, żeby sobie palców nie pozdzierać, i też było dobrze. Cytrynie i tak na jedno.

Albo też najpierw lepiej sok powyciskać? Nie wiem, może mi poradzicie, od czego lepiej zacząć, bo po wyciśnięciu cytryny wyglądają jak na rycinie z prawej:

Weź zetrzyj coś takiego teraz.

W każdy razie, kiedy kiedy już podjęliście wszystkie niezbędne decyzje i zrobiliście z cytrynami, co słuszne, to najgorsze macie już za sobą.

No chyba że macie problemy z jajami, ale do nich jeszcze dojdziemy.

Najpierw...

Roztapiamy na małym ogniu masło (200g) w mniejszym garnku i odstawiamy do całkowitego przestygnięcia.




I dopiero teeeeeraz jajka.

Żółtka oddzielamy od białek. (Żółtka do tego większego gara, do którego ma ostatecznie wszystko się wymieszać.)

Białka na razie odstawiamy na bok. Do żółtek wsypujemy cukier i cukier wanilinowy lub cukier z prawdziwą wanilią, i miksujemy z cukrami, aż powstanie puszysta masa.




Na zdjęciu poglądowym widać także mój Vanilje-sukker. Wiecie, tak naprawdę to nie jest tak, ja jestem jakimś burżujem, że ściągnęłam toto z Chorwacji czy innej Norwegii - mam tam jak najbardziej polską mieszankę wszystkiego, co od czasu do czasu znoszę ze sklepu, a jakkolwiek kojarzy mi się z wanilią.



Możecie też dać w sumie taki olejek. Nie wiem, po co, bo nic nie daje, ale możecie.



Lepiej sprawdza się jako pachnidło przy łóżku. W zasadzie to moja vanilinijowa mieszkanka też nic nie daje. Ale za to nie sprawdza się również przy łóżku.

Sok z cytryn wlewamy do naszej masy żółtkowej. Dodajemy mąkę pszenną, przestygnięte masło oraz proszek do pieczenia. Na sam koniec dodajemy skórkę z dwóch cytryn (razem z bakaliami) i miksujemy przez kilka sekund do powstania jednolitej konsystencji.


Oj tam, zaraz pszenną. Może jeszcze tortową i przesianą przez sitko?


Chyba mąkę faktycznie pasuje dodać wcześniej, ale poza tym nie sądzę, żeby kolejność miała duże znaczenie. Po prostu pilnujmy, żeby czasem czegoś nie zgubić.



No to teraz czas na...

W osobnej misce białka miksujemy ze szczyptą soli na sztywno.


Brum brum.


I teraz od razu, jak mamy świeżo ubite...

Dodajemy ubite białka do reszty i mieszamy delikatnie za pomocą łyżki lub trzepaczki.


I tutaj pewnie wiele osób zastanawia się, jaki jest mój tajny sposób na delikatne mieszanie białka. Nie mam go. Przez wiele lat próbowałam mieszać łagodnie dużą drewnianą łyżką, raz tak, raz tak... Obecnie dałam sobie spokój i po prostu mieszam tak, żeby się wymieszało - ciasto i tak da sobie radę.

Poprzestańmy na tym, że fachowcy piszą tak:

„Fachowo” pianę miesza się następująco: delikatnie łyżką robimy okrążenie na około miski, a następnie przejeżdżamy łyżką przez środek miski. I znów na około i przez środek. I tak do skutku :)


Więc pewnie radzą dobrze.



I wreszcie, wreeeszcie teraz, jak już mamy wszystko jako tako pomieszane, możemy wlać wszystko do foremki.



Tutaj możnaby się spodziewać, że podobnie jak w przypadku ciasta nie za bardzo kruchego zasmaruję blachę tłuszczem i obsypię bułką tartą, albo przynajmniej będę to proponować jako sensowną alternatywę. Ale nie, nie nie - taka ilość masła momentalnie wsunęłaby każdą ilość bułki i finalnie nie bylibyśmy w stanie odkleić niczego od metalu :< No i w przypadku wykorzystania papieru dochodzi nam jeszcze taki bonus, że jak już trzeba będzie wyjmować, to wystarczy, że chwycimy papier za to, co wystaje z pojemnika, i przełożymy na talerz. No i jak się piecze, a my albo nasz piekarnik nie bardzo umiemy w temperaturę i musimy ratować jadalność wierzchu, to wtedy możemy zawinąć te płaty papieru do środka (i na przykład przygnieść je jakimś sztućcem, jeśli trzeba).

Tak więc...





A potem jeszcze zostaje ten garnek do wylizania 😏



Ale ten - pieczenie!

Pieczemy przez 45-50 minut w temperaturze 175 stopni (góra-dół, bez termoobiegu) do tzw. suchego patyczka.




No to jeszcze dodam coś na temat tego suchego patyczka. To jest generalnie dobra sprawa, znaczy: jeśli mówimy o ciastach takich jak to, które domyślnie jest w stanie prawie-że-płynnym - o ile o minimalnej długości pieczenia lepiej nie zapominać, o tyle dzięki tej metodzie nie trzeba sterczeć nad piekarnikiem i kombinować na ślepo, czy się upiekło czy nie. Wystarczy wsadzić patyczek (w moim przypadku: jakaś pozostałość po lodach), wyjąć i zobaczyć, ile ciasta wyszło razem z nimi. Problem pojawia się dopiero przy którymś teście z kolei - najlepiej mieć parę patyczków do testów, bo od drugiego w górę patyczek będzie wilgotny już tak czy inaczej :/

To po pierwsze. Po drugie, to ciasto i tak nie wyschnie nam do zera (i nie powinno), a w dodatku poziom docelowej wilgotności zmienia się w zależności od tego, kogo zapytać. W którejś wariacji przepisu przewinęła mi się informacja, że po wyjciu z piekarnika ciasto powinno być lekko drzęsące... cokolwiek to znaczy. Ja dajmy na to lubię, kiedy w środku jest taki gęsty, ciężki środeczek. A potem przyszedł znajomy i powiedział, że to zakalec (w sensie, że powinno się piec dłużej chyba? albo zawierać jeszcze więcej mąki).

Ale dobrze dobrze, nie bądźmy małostkowi. Paczcie na to!







😊 ❤️ 🍋





Cytryny. No wiecie. Tony CYTRYN.